Takeitizi.pl

kobiece slow life

praga
Podróże

Mój czeski sen

Kroczymy pod dość stromą ulicę Mostecką i Nerudową. Tu mieszczą się, podobnie jak na Celetnej, liczne sklepy z pamiątkami. Nie umiemy oprzeć się zapachowi płynącemu ze sklepiku z piernikami. Tu jest tak bosko, że można by nie wychodzić, tylko zamienić się w ciasteczkowego potwora i przejść na dietę wysokowęglowodanową. Ciasteczka i pierniczki są tu we wszystkich kształtach i rozmiarach, a nawet jest tu replika Praskiego Zamku! Udaje nam się jakoś opuścić to bajkowe miejsce.

praga2Docieramy w końcu pod Zamek, a tutaj już spory tłum zgromadził się w oczekiwaniu na honorową zmianę warty pod Pałacem. Fanfary, wystrzały, stukot wojskowych butów i donośny głos dowódcy trwały dobrych ponad 20 minut. Nagle tłum gdzieś się rozproszył, można więc zmierzać do Katedry. Jest na tyle imponująca, że trudno złapać ją całą w obiektywie, a wewnątrz jest jeszcze lepiej. Wchodzisz i zapiera Ci dech w piersiach, „oczy jak 5 złotych”, a z ust wydobywa się niemy okrzyk zachwytu. Mało, co wywołało u mnie takie wrażenia. No może jeszcze pewna panorama z okna w Śródmieściu w Warszawie, ale katedry nic na razie nie przebija.

Ten widok zapamiętam na długo: sklepienia żebrowe wydają się wystrzeliwać w niebo, a w każdej nawie kolorowe, bogato zdobione witraże. Katedra Św. Wita kryje także sarkofag św. Jana Nepomucena wykonany z czystego srebra, który waży bagatela ok. 2 ton.

Za wydane 250 koron na bilet załapiemy się także do kościoła św. Jerzego i na Złotą Uliczkę. I tu pewne zaskoczenie, przewodniki o Pradze opisują to miejsce jako przereklamowane i niewarte wydanych pieniędzy. Ja jednak byłam zachwycona. Małe domki, jak dla krasnoludków urządzone jakby czas się tu zatrzymał wiele wieków temu. Są tu komnaty rycerzy z salą tortur z wymyślnymi przyrządami do zadawania bólu. Inne domki to wnętrza pracowników różnych profesji, np. tkacza, jubilera, lekarza, geografa czy kinematografa. Jest tu także kilka sklepików z pamiątkami i co także przypadło mi do gustu starodawne armaty, przy których chętnie pozowaliśmy do zdjęć. W tym miejscu kończy nam się odkrywanie sekretów Praskiego hradu. Pozostaje nam podziwiać panoramę drugiej strony Wełtawy i zejście ogromnymi schodami do metra.

To popołudnie pełne atrakcji bardzo zwiększyło nasz apetyt, więc skierowaliśmy się do jednej z bardziej uczęszczanych jadłodajni na Havelskiej, aby spróbować knedliczków oraz zweryfikować czy czeskie piwo jest tak dobre, jak krąż o nim legendy. Bursztynowy kolor, przyjemna pianka łaskocząca pod nosem, orzeźwiający lekki smak to było to, czego mi w tej chwili było potrzeba do szczęścia.

Wzmocnieni dobrym jedzonkiem nie ustajemy w walce i zmierzamy dalej. Naszym kolejnym punktem docelowym są Vlaclawskie namesti. Najbardziej znany plac w Pradze otoczony jest przez wysokie zabytkowe kamienice. To tu znajduje się sławny Hotel Europa i ogromny sklep Baty, do którego oczywiście wstępujemy. Nasze serce zdobywają szczególnie jedne zimowe buciki, ale po przeliczeniu na PLN: 1.000 zł to ciut za drogo na nasze polskie kieszenie. Zwiedzamy też Lucernę – budynek mieszczący kino i bardzo oryginalny pomnik króla Wacława na martwym koniu podwieszonym pod sufitem. Swoją drogą ciekawe wyzwanie architektoniczne – ale jakby spadł, to koń już był martwy wcześniej .

pragaWychodząc z tego budynku ukradkiem podpatrujemy ochroniarza, który wsiadł do dziwnie wyglądającej windy. Idziemy jego śladem. Winda okazuje się drewnianym czymś, które nie zatrzymuje się, a jeździ w kółko i aby się nią przejechać trzeba po prostu do niej wskoczyć, a potem nie zapomnieć wysiąść! Zjeżdża się na dół sąsiednią windą jeżdżącą w przeciwnym kierunku. Początkowo miałam obawy, czy oby to bezpieczny sposób podróżowania, ale przełamałam się i okazało się, że to niezła jazda!

Na sam koniec tego ekscytującego dnia zaplanowaliśmy sobie pokaz fontann. Krizikova fontanna mieściła się trochę dalej od centrum i początkowo mieliśmy mały problem z jej znalezieniem. Trafiliśmy nawet w samo centrum festiwalu marihuany – Canna festival. Tak na marginesie to zapomniałam, że miękkie narkotyki są dozwolone w Czechach, ale jak poczułam charakterystyczny zapaszek, to szybko sobie o tym przypomniałam. Niesamowita feria barw połączona z ogromem kształtów była doskonale dobrana do muzyki. Motywem przewodnim tego wieczoru były piosenki ABBY, a co kilka minut woda tworzyła ekran, na którym pokazywano fragmenty filmu „Mamma Mia” z muzyką tego zespołu.

Żal było żegnać się z Pragą, ale co dobre szybko się kończy. Podróż powrotna nie należało do najwygodniejszych. Męczyliśmy się w przedziale bez kuszetki, do tego trzy razy przychodzili konduktorzy sprawdzać bilety, toaleta w naszym wagonie była zepsuta, a na Centralny przyjechaliśmy z 50 minutowym opóźnieniem. Ot takie uroki polskich kolei.

Po powrocie do domu było mi szaro i smutno. Mała povoyażowa deprecha. Ruchome schody wydawały się strasznie powolne, a świat dookoła mało ciekawy. Wciąż tęsknie do widoków i klimatu Pragi, mimo że minęły już dwa miesiące. Może kiedyś wrócę do tej stolicy krecika pooddychać powietrzem znad Wełtawy. Nie ma, co ukrywać Praga rzuciła na mnie czary. Tylko czy chcę się obudzić z tego snu?

Autorka: Kasia Kowalska

Zdjęcia: Anna Izdebska

Uważasz ten post za przydatny? Podziel się z innymi

Comments

comments